Destination Morocco 2020

Podczas służbowej wizyty w Marrakeszu w 2013 roku postanowiłem, że wrócę do Maroka, żeby spędzić więcej czasu w górach Atlas. Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że mój powrót będzie miał rowerowy charakter. Po wycieczce do Kirgistanu byłem pewien, że rowerowy przejazd przez Wysoki Atlas połączony z wizytą w Anty Atlasie jest w moim zasięgu – miałem odpowiedni sprzęt i doświadczenie. W międzyczasie okazało się, że przez Maroko będzie przebiegał wyścig Atlas Mountain Race. Przez chwilę zastanawiałem się nad startem, ale postawiłem na opcję #ultrachill i jestem z tego bardzo zadowolony. Już planuję kolejną wizytę w Maroku, dla odmiany w towarzystwie.

Pojechałem solo i wróciłem. Cały i zdrów, bez większych kłopotów. Maroko jest prawie dla każdego, ale trzeba podejść z głową do tematu.

Kontakt:

  • Jeśli masz jakieś pytania, to kontaktuj się ze mną przez Instagram. Chętnie podzielę się swoją wiedzą.

Taki miałem początkowy plan wyprawy

  • Wyprawa miała potrwać około dwa tygodnie, przy czym na rower planowałem 10-11 dni, które miały być względnie na luzie (co nie znaczy, że łatwo)
  • Chciałem przede wszystkim przejechać przez Atlas Wysoki, zataczając sensowną pętlę z końcem i początkiem w Marakeszu. Pomyślałem też o częściowym skorzystaniu z trasy AMR, która miała mnie przeprowadzić przez Anty Atlas.
  • Nastawiałem się na nocleg pod namiotem oraz korzystaniu z hoteli, hosteli itp. w miarę możliwości i zapotrzebowania.
  • Nie robiłem specjalnego rozeznania kwestii odległości pomiędzy punktami, w których mógłbym uzupełnić zapasy, czy coś zjeść, więc na wszelki wypadek zabrałem menażkę i palnik na benzynę.
  • Ułożyłem wstępną trasę i zamierzałem trzymać się jej w początkowej fazie wyprawy, pierwsze 3-4 dni, a poza tym zamierzałem być totalnie elastyczny.

Poleciałem liniami Lufthansa. Lot do Marakeszu z Krakowa, z przesiadkami w Monachium w jedną stronę i Wiedniu w drugą. Bilet kupiłem 1 stycznia. Kosztował 1050 złotych, rower był już za darmo (sprzęt sportowy po zarejestrowaniu lecia jako normalny bagaż, w granicach wagowyh określonych przez taryfę).

Inną opcją, którą można rozważyć jest Wizzair z Warszawy lub Ryanair z Krakowa (ten ostatni w sezonie). Ceny z rowerem będą raczej podobne.

Z lotniska Menara do riadu w centrum Marakeszu dostałem się taksówką załatwioną przez lokalnego przewodnika. Koszt był dosyć wysoki (20 euro), ale Marakesz jest popularnym kierunkiem turystycznym, więc ceny są przez to wywindowane.

 

 

 

Zabrałem rzeczy w większości przetestowane w Kirgistanie oraz parę nowości. Lista rzeczy potrzebnych jest następująca (zabrałem też trochę rzeczy niepotrzebnych, które wymienię następnej kolejności).

Ubranie: szorty rowerowe (Patagonia Dirt Craft, dwie pary wkładek), koszulki z krótkim rękawem (Patagonia Cool Trail, Decathlon Forclaz Travel 500), czapeczka kolarska (Look Mum No Hands), nogawki kolarskie 3/4 (Primal), buty (podejściowe Decathlon), skarpetki (Attaquer, Patagonia Lightweight Merino Daily), rękawiczki z długim palcem (Giro D’Wool), bluza (Patagonia R1 Hoody), kalesony i bluza do spania (Decathlon Forclaz Techwool 190), majtki (Decathlon Kalenji), kurtka przeciwdeszczowa (Gore-Tex Paclite – Berghaus), buff (Buff Heavyweight Merino), kurtka puchowa (Patagonia Micro Puff), okulary przeciwsłoneczne (Decathlon Quechua MH540)

Biwak: namiot (MSR Freelite 1), śpiwór puchowy (modyfikowany Cumulus X-Lite 400), mata (dmuchana Klymit Inertia X-Frame Recon), poduszka (Sea to Summit Aeros Ultralight), menażka (Sea to Summit Alpha1.1), palnik na gaz (Soto Muka, butelka 480ml), łyżka (Sea to Summit AlphaLite Long), scyzoryk (Victorinox), czołówka na usb/AAA (Black Diamond ReVolt), drysac (2 x Sea to Summit Ultra-Sil 2l, Sea to Summit Ultra-Sil 1l), ręcznik (Sea to Summit DryLite XS), szczoteczka i pasta do zębów, nić dentystyczna, igielnik

Elektronika: gps (Wahoo Elmnt Roam), telefon (iPhone SE oraz Hammer Active LTE, oba z maps.me, komoot, ridewithgps), powerbank (Anker 26000 mAh), kable i ładowarki do elektroniki, aparat Sony Alpha 7iii z obiektywem Sigma 24-70 f2.8, panel solarny (Anker PowerPort Solar 21W), Garmin InReach Mini

Rower: mtb (Bombtrack Beyond+ ADV), opony (WTB Ranger 3.0 bezdętkowo), torby bikepackingowe (Apidura Expedition Saddle Pack 17l, Apidura Expedition Handlebar Pack 14l, Apidura Expedition Accessory Pocket 4.5l, Porcelain Rocket 52Hz Frame Pack, Apidura Backcountry Food Pouch x 2, Apidura Expedition Fork Pack 4.5l x 2, Apidura Expedition Top Tube Pak 1l), lampa przednia na AAA (Mactronic Scream), lampa tylnia i przednia na baterie CR2032 (Lezyne), klocki hamulcowe, dwie dętki, hak do przerzutki, spinki do łańcucha, łatki (Lezyne Smart Kit), multitool (Lezyne), kleszcze do rozpinania łańcucha (Woolftooth Master Link), łyżki, trytytki, pompka (Lezyne Micro Floor), zestaw naprawczy do bezdętek (Lezyne), koszyk King Cage Manythings Cage, Voile Straps, kask (Bell Sixer Mips), butelka Kleen Kanteen 1.2l

Apteczka: 10g sudokremu, 20g emulsji z filtrem 50, listek Ibupromu, opatrunki wyjałowione, bandaż, plastry z opatrunkiem, Betadine, chusteczki do higieny ciała (Carex), Smecta to Go, paski Steri-Strip, maść MaxiBiotic, probiotyk Trilac, tabletki na gardło Isla

Dodatki: nerka (Patagonia Nine Trails), plecak (Decathlon Quechua Ultra Compact 20l),

Postawiłem na wszędobylskiego Bombtracka. Przy ultra minimalistycznym pakowaniu i odpowiednich modyfikacjach trasy i sprzętu mógłbym się wybrać do Maroka na szutrówce, ale optymalnym wyborem byłby moim zdaniem lekki hardtail (z amorem). Teren był bardziej wymagający technicznie niż w Kirgistanie.

Pojechałem z panelem solarnym, dużym powerbankiem i dodatkowym telefonem z mocną baterią (w Kirgistanie utopiłem iPhone’a i była to niezła nauczka). Dzięki temu mogłem zabrać Wahoo Roam zamiast Lezyne Mega XL. Lezyne posiada świetną baterię, ale porównaniu z Wahoo jest wyjątkowo toporny. Dzięki panelowi mogłem spokojnie podładować sprzęt, także foto, bo w Maroku słońca nie brak. Nie musiałem dzięki zbytnio oszczędzać baterii, ale bez panelu spokojnie dałbym radę – bazując na ładowaniu podczas noclegów.

Spodziewałem się ciężkich warunków pogodowych w Wysokim Atlasie i pojechałem uzbrojony w śpiwór z 400g puchu od Cumulusa (o modyfikacji pisałem przy okazji omawiania sprzętu do Kirgistanu).  Śpiwór spisał się dobrze, chociaż chyba jednak lepszy byłby odrobinę lżejszy (300g puchu). Temperatura podczas dwóch nocy spadła wyraźnie poniżej 0 stopni, ale pozostałe to mniej więcej 5 stopni. Nowa mata zadziałała jak należy, chociaż miałem spore obawy, ze względu na kamienisto-cierniste podłoże (trzeba na to uważać). Przy kolejnym wyjeździe może zaryzykowałbym jazdę bez namiotu, chociaż perspektywa bliskiego kontaktu ze skorpionami troszkę mnie jednak przeraża. Może najlepszą opcją byłoby zabranie namiotu, ale bez tropiku. Pogoda w Maroku jest stabilna, raczej bezdeszczowa (przydarzył się jeden lekko deszczowy dzień),a poza tym jest całkiem sporo opcji noclegowych

Za moje bezpieczeństwa odpowiadał lokalizator/komunikator satelitarny Garmin InReach Mini. Udostępniałem swoją lokalizację i miałem możliwość, w sytuacji awaryjnej, wezwania pomocy. Moje bezpieczeństwo poprawiło się również dzięki backup-owemu telefonowi. W Maroku w większości miejsc jest zasięg telefonii komórkowej (Maroc Telekom), więc miałem możliwość kontaktowania się bliskimi.

Na wyprawę zabrałem jeszcze rękawice (Giro Pivot 2.0), skarpety (Montbell Merino Wool Trekking) oraz dodatkową koszulkę (Patagonia Cool Trail), których nie użyłem i nie zabrałbym ich ponownie. Miałem również buty cywilne (Decathlon Olaian Areeta), ale używałem ich wyłącznie podczas dni wolnych od jazdy w Marakeszu, więc można się bez nich obyć. Filtra do wody (Sawyer Micro Squeeze) też ani razu nie użyłem.

 

 

 

Przejechana przeze mnie trasa pokrywa się z https://ridewithgps.com/routes/32021337. Pokonałem z grubsza 800 km i 17000 m up.

Przyleciałem do Marakeszu lekkim popołudniem, zawinąłem się do Riad Carole (cena 20-30 euro za noc), złożyłem rower i poszedłem kupić sobie parę rzeczy na drogę (kuskus, tuńczyk w puszce, kostki rosołowe, płatki owsiane, rodzynki, owoce). Na rower zamierzałem wsiąść następnego dnia.

Dzień 1 to 90km i 2300m up. Wyjechałem z miasta dosyć późno, bo chciałem zjeść śniadanie w riadzie (śniadania są w Maroku serwowane wszędzie raczej późno), a do tego sporo czasu zajęło mi ogarnięcie benzyny do palnika (próbowałem na wielu małych stacjach benzynowych, ale nieskutecznie – nie leją benzyny do butelek i kanistrów, przynajmniej turystom; na dużej stacji nie było kłopotu). Początek jazdy to oczywiście asfalt, ale na szutry zjechałem dosyć szybko. Dosyć szybko pojawiły się też spore podjazdy. Odcinek pomiędzy 56, a 58 kilometrem pokonywałem średnio jezdliwym szlakiem, ale jest możliwy przejazd po sensowniejszej piście (la piste – droga gruntowa), której nie było na mapie. Końcówka dnia to wypych po ciemku i nocleg pod namiotem wśród krzewów.

Dzień 2 to 41km i 1500m up. Po pobudce, śniadaniu i spakowaniu wskoczyłem na rower i przez parę kilometrów udało mi się jechać, ale zanosiło się odrazu na dzień wypełniony spacerami. Tak faktycznie było – droga zamieniła się w kamienisty szlak dla mułów i jazda po nim nie miała sporego sensu, bo wymagała dużo więcej wysiłku i koncentracji niż wypych w tym samym tempie (zaliczyłem też wywrotkę, ktróra dodatkowo zniechęciła mnie do jazdy po kamiorach). Spacer przeplatany jazdą trwał dobre kilkanaście kilometrów i zakończył się dopiero po dotarciu w okolice Taddert w dolinie Ouriki. Tam przekąsiłem małe co nieco, wskoczyłem na rower i szutrami, asfaltem, a potem znowu szutrami (momentami bardzo stromymi) dotarłem już po zmroku do Timichi. W Timichi zawinął mnie do gite d’etape Ibrahim. Świetna miejscówka na końcu świata. Porządna kolacja i śniadanie oraz nocleg kosztowały mnie 17 euro.

Dzień 3 to 5km i 1200m up. Najbardziej odjechany dzień wyjazdu – pomijając początkową wspinaczkę po piście do Labasenne, reszta to wypych (wersja light) albo spacer z rowerem na plecach (wersja standard). Wkroczyłem do parku narodowego. Poruszałem się powoli, ciągle ostro w górę. Szlak był dosyć dobrze oznakowany (niebieskie kropki), ale w górze zalegał jeszcze śnieg, więc wielokrotnie musiałem z niego trochę schodzić i szukać własnej ścieżki. Tempo było wybitnie niskie, bo teren był trudny. Odcinek Labasenne – przełęcz Tacheddirt to zdecydowanie coś dla fanów tego typu aktywności, do tego raczej doświadczonych. Robiłem rzeczy odrobinę trudniejsze technicznie we Włoszech, ale tam na lekko, a tu z obładowanym przesadnie rowerem. Na Tacheddirt dotarłem późnym popołudniem. Szybko znalazłem dogodne miejsce na biwak przy dużych skałach. Było zimno, poniżej zera, a dodatkowo mocno wiało. Biwak był świetny – wieczorem miałem piękny zachód, a rano wschód słońca. Jedyna niedogodność, to brak wody. Radziłem sobie topiąc spore ilości śniegu.

Dzień 4 to 23km i 600m up. Po porannym szaleństwie z aparatem zabrałem się do schodzenia. Droga w dół do sąsiedniej doliny była prostsza, ale dalej zasadniczo nie nadawała się do jazdy objuczonym rowerem (na fullu, bez towaru i przy większych umiejętnościach można próbować). Zostałem pouczony poprzedniego dnia, żeby najrozwidleniu szlaków wybrać się w prawo, czyli inaczej niż oznakowanie. Ta wersja miała być łagodniejsza, ale nie jestem do końca przekonany czy była. Szlak jest częściej użytkowany, więc też bardziej oczyszczony z kamieni, które mocno utrudniają pchanie. Niemniej wersja „na prawo” jest do zrobienia, tylko momentami trzeba być uważnym i dobrze nawigować. Nagrodą z wysiłek są mega widoki, lepsze chyba niż przy wycieczce lewą stroną doliny. Po dotarciu do wioski Tacheddirt można wskoczyć na rower i puścić się w dół szeroką pistą. Po wjechaniu asfalt jest mała wspinaczka i szybki asfaltowy zjazd do marokańskiego Zakopanego, czyli Imlil. Ewakuowałem się z tamtąd szybko i szlakiem skierowałem się na przełęcz Tiz Mzik, gdzie zaplanowałem kolejny biwak. Szlak był oczyszczony przez turystów i pod turystów, więc dało się trochę jechać, a jak już nie, to wypych był znośny. Na górze znowu nie było wody, ale miałem zapas kupiony w Imlil. Spałem bez rozkładania namiotu, temperatura lekko poniżej zera w nocy.

Dzień 5 to 78km i 1900m up. Częściowo zjechałem, częściowo zszedłem do leżącej poniżej wioski, a potem czekał mnie długi zjazd do miejscowości Marigha (w większości asfaltowy). Opuszczałem ewidentnie Atlas Wysoki, krajobraz się zmieniał. Miałem lekko inaczej dotrzeć do Ouirgane (przez Torort), ale nie odnalazłem szybko trasy, a po paru dniach gruzu jazda wygodną asfaltową drogą wydała mi się miłą odmianą. Asfaltem dosyć sprawnie dotarłem do Ijoukak. Zatrzymałem się tam na wieczorny posiłek, a potem odbiłem na drogę prowadzącą przez góry Ouneine. Początkowo jechałem asfaltem, ale potem rozpoczął się świetny podjazd wygodną pistą, z której miałem świetne widoki na okolicę. Po wtoczeniu się na przełęcz rozbiłem namiot (z małymi kłopotami – podłoże było wyjątkowo skaliste, więc ciężko z wbijaniem szpilek, a płaskiego nie ma zbyt wiele; lepiej poszukać miejsca przed przełęczą chyba). Temperatura w tej części  Atlasu była wyraźnie wyższa.

Dzień 6 to 100km i 1800m up. Poranek był zimny. Nie gotowałem śniadania, tylko zjadłem odrobinę chleba, spakowałem się i zabrałem się do zjeżdżania w kierunku Ouneine. To spore miasteczko, zatem jest gdzie zjeść, a prowadzi do niego fantastyczny długi zjazd kamienistą pistą. Jest tego zjazdu kilkanaście kilometrów. Trochę przed miasteczkiem wpadłem na asfalty, ale dosyć szybko też z nich zjechałem. Od tego momentu, aż do końca jazdy tego dnia jechałem kapitalnymi pistami po wijącymi się po mniejszych lub większych wzgórzach. Momentami było bardzo gorąco, a krajobraz robił się bardziej pustynny. Początkowo byłem delikatnie rozczarowany opuszczeniem wysokich gór, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie – ten odcinek był mega klimatyczny, a końcowy zjazd do Timlilt przy promieniach zachodzącego słońca rozwalił system. Z Timlilt podjechałem sobie szybko asfaltem do Taliouine, gdzie nakupiłem owoców i picia i zadekowałem się w losowo wybranym tanim hotelu (nocleg+tagine+herbata=10 euro).

Dzień 7 to 100km i 1700m up. Tego dnia w końcu dopadło mnie zmęczenie. Większość trasy tego dnia wiodła asfaltami (ciekawymi), więc powinno być stosunkowo łatwo, ale nie było. Ani noga nie podawała, ani głowa nie chciała jechać. Częściowo pojechałem tego dnia po trasie AMR. Minąłem po drodze całkiem fajnie wyglądające jezioro – można by tam chyba urządzić niezły biwak. Stosunkowo niedaleko od mojej trasy padało, chyba nawet dosyć porządnie, ale sprzyjał mi wiatr i mnie nie zmoczyło ani trochę. Ale ze względu na deszcz zdecydowałem się po dotarciu do Taznakht tam znowu zanocować w hotelu (10 euro), pomimo tego, że dotarłem tam stosunkowo wcześnie i mógłbym jechać dalej – moja dalsza trasa kierowała się w rejony, nad którymi wisiały chmury. Zjadłem znowu pyszne tagine i spróbowałem kefty. Poczytałem książkę.

Dzień 8 to 120km i 1500m up. Większość dnia spędziłem na pustyni. Tylko niewielka część mojej trasy wiodła asfaltem (odrobina na początku i większa część na końcu), poza tym szutry. Pomimo tego, że to skalista pustynia, to jechało się po niej ciężko. Słońce nieźle przygrzewało, a trasa wiła się pomiędzy pagórkami. Na horyzoncie widać było ośnieżone wierzchołki Atlasu Wysokiego, czas i kilometry upływały, a ja ciągle jechałem przez pustynię. Początkowo po trasie AMR, ale potem już na własny rachunek. Do asfaltu pod Ouarzazate dotarłem wykończony. Zajechałem do miasta (nie podobało mi się), żeby coś zjeść i ruszyłem dalej asfaltową RN10 na wschód, z której planowałem odbić na Ghasatte. Ten odcinek był bardzo nieprzyjemny. RN10 jest bardzo ruchliwa, a do tego nie ma pobocza. Najlepiej ją ominąć (może po zmroku jest na niej znośnie, tego nie wiem). Spałem pod chmurką w pobliżu kompleksu elektrowni słonecznych (trochę z konieczności, trochę z ciekawości).

Dzień 9 to 78km i 1800m up. Niedaleko za Ghassate, w którym zjadłem śniadanie, zjechałem na kapitalne drogi szutrowe (dosyć kamieniste) wspinające się co chwila na jakieś niewielkie przełęcze. Od Anmiter do Teluet jazda asfaltem, taka niezbyt ciekawa w sumie. W Teluet zatrzymałem się na herbatę, ale spotkałem ciekawą parę francusko-angielską z Niemiec oraz dowiedziałem się o występie lokalnych muzyków, więc postanowiłem zanocować ponownie w hotelu (drogo, bo 30 euro z kolacją i śniadaniem, ale było warto – kapitalnie grali).

Dzień 10 to 45km i 1200m up. Na początku szutry, a potem ścieżka dla mułów prowadząca na przełęcz, przez którą miałem się przedostać na północną stronę Atlasu. Bardzo dużo ciężkiego wypychu, ale przynajmniej nie musiałem nosić roweru na plecach. Po pokonaniu przełęczy stromy zjazd paskudną drogą szutrową (wciśniętą na siłę, nie prowadzącą do niczego w sumie). Na szczęście po minięciu pierwszych zabudowań droga nabrała fajnego charakteru. Widoki były klasa. Krajobraz znowu uległ zmianie, pojawiły się niesamowite czerwone pagórki. W Zerkten zrobiłem sjestę. Dowiedziałem się, że będzie tędy przejeżdżać ekipa z Polski (hopcycling & co), więc stwierdziłem, że zrobię sobie luźny wieczór i poczekam na nich, żeby pogadać. Zanocowaliśmy wszyscy w miejscu, które zdecydowanie nie ma tego w swojej ofercie (takie marokańskie niby bistro połączone ze sklepem), ale innych opcji zupełnie nie chciało mi się szukać (nocleg i jedzenie – 15euro).

Dzień 11 to 80km i 900m up. Zjazd do Maroka. Miałem mało do przejechania i dużo czasu, więc wyjątkowo się obijałem po drodze. Sporo było asfaltu (większość dosyć przyjemna), ale były też pisty. Szczególnie odcinek prowadzący przez miejsce, gdzie odzyskuje się z wody sól był ciekawy. Do Marakeszu dotarłem lekkim popołudniem. Miałem nocować kolejne dwie noce, tak jak pierwszą, w Riad Carole.

Dzień 12 to włóczenie się po Marakeszu i generalne lenistwo, poza pakowaniem roweru. Następnego dnia wylot

 

 

Maroko jest świetne, przynajmniej te rejony które odwiedziłem. Czułem się tam bezpiecznie, widoki były kapitalne, ludzie byli bardzo mili. Jest tanio. Uważam, że wyprawa rowerowa do tego kraju to dosyć prosta sprawa, na pewno prostsza niż wyjazd do Kirgistanu. Jedyną moją wątpliwość budzi jedynie stosunek do kobiet w Maroku. Słyszałem zarówno pozytywne, jak i negatywne kobiece głosy na temat podróżowania po tym kraju.

Wysoko w górach jest zimno, a nawet bardzo zimno, nawet jeśli w ciągu dnia pięknie przygrzewa słoneczko. Odpowiedni sprzęt jest konieczny, jeśli chcemy wysoko spać. Szlaki w górach są kamieniste i techniczne, więc na szutrówce nie wszędzie dojedziemy. Nawet rower górski będzie miał w wielu miejscach kłopoty. Trzeba zatem rozsądnie planować trasy, bo niekoniecznie przejedziemy każdego dnia po sto i więcej kilometrów (patrz dzień 2 mojej wycieczki). Kolejna sprawa to kwestia przepisów obowiązujących w Parku Narodowy Toubkal. Ja przejechałem przez niego chyba trochę nielegalnie – po zabójstwie dwóch turystek parę lat temu w Parku wprowadzono przepisy, które mówią, że grupy muszą mieć przewodnika, a nocleg w górach nie wszędzie jest możliwy.

Przydaje się znajomość, chociażby podstawowa, języka francuskiego. Prawie wszyscy dorośli mieszkańcy w jakimś stopniu po francusku mówią. Nie jest to jednak rzecz absolutnie niezbędna.

Maroko jest tanim krajem, nie wydamy na jedzenie więcej niż w Polsce. Noclegi bardzo często będą tanie, albo bardzo tanie (płaciłem od 4 do 30 euro za noc), ale standard bywa też rozmaity, przy czym nie ma dramatu nawet w tych tanich miejscach. Tagine z chlebem i herbatą to jakieś 5-8 euro. Może się zdarzyć, że cena dla nas będzie wyższa niż dla Marokańczyka (ja się tym nie przejmowałem widząc jak biednie żyje bardzo wielu ludzi w tym kraju). Trzeba mieć gotówkę, bo kartą można zapłacić w niewielu miejscach. Podobno nie wolno wywozić z Maroka więcej niż 2000 dirhamów (około 200 euro), więc nie ma co szaleć w kantorze.

W Maroku jest trochę gatunków skorpionów oraz jadowitych węży. Wprawdzie w zimie są one mało aktywne, ale szansa na nieprzyjemne spotkanie jest niezerowa (szczególnie w rejonie Marakeszu). Z tego względu namiot, chociażby bez tropika, wydaje się być bezpieczniejszą opcją niż spanie po prostu pod chmurką. Na wszelki wypadek rano, po przebudzeniu, sprawdzałem, czy nie mam jakiegoś dziadostwa w butach oraz ciuchach, które były poza namiotem.