Kawa, ryż z tuńczykiem i ciastko na śniadanie, woda i batony na podróż. Arigato gozaimasu. Szybkie zakupy w niezawodnym Lawsonie. Krótka wiadomość. Wyruszam, będę dawał znać. Zdenerwowanie niewiadomym już odpuściło. Jestem spokojny. Cztery dni solo na rowerze po japońskich drogach. Wyruszam.

Rewelacyjne te mandarynki. Dobrze, że w ostatniej chwili zatrzymałem się przy straganie. W zasadzie robię jeden duży ciągnący się kilometrami podjazd z krótkimi odcinkami fałszywego płaskiego i symbolicznymi zjazdami. Tak to wygląda z perspektywy gravela opakowanego w torby i rozleniwionego ledwo zakończoną konferencją matematyka. Tajfun w odpowiednim momencie postanowił odpuścić – pogoda jest świetna. Mam sporo szczęścia. Przemieszczam się niespiesznie i cieszę oczy krajobrazem. Jazda ruchliwymi drogami przez zatłoczone miasta sprawiła mi nawet przyjemność. Podróżniczy relatywizm. Od momentu w którym ujrzałem wierzchołek, plan okrążenia góry stał się realny. To już nie wirtualna kropka na mapie. Jest i fizycznie przyciąga. Mapy za to nie ma, została przypadkiem w domu, jakieś 9tyś. km stąd. Standard, będę improwizować. Mandarynki się skończyły, mogłem kupić 2 kilo. Trzeba jechać. W stronę słońca, w stronę góry.

Za tunelami nie przepadam. Zbyt długie, zbyt wąskie, zbyt ciemne. Najgorsze te bez oświetlenia. Ale ułatwiają jazdę przez górzystą Japonię. Dziś tylko jeden, a po nim droga raczej w dół, tam gdzie rozbłyskiwała od czasu do czasu tafla jeziora. Ponad nią szczyt. Podjazd na spółkę ze słońcem wymęczył mnie solidnie, ale odzyskiwałem energię z każdym kilometrem przybliżającym mnie do jeziora. Poziom energii nie przekłada się na tempo poruszania – zbyt wiele postojów na podziwianie okolicy. Dotarłem do jeziora i poległem. Miałem jechać gdzieś dalej, sam nie wiem gdzie, ale nie jadę. Cudowny widok mnie uziemił. Słońce powoli chowające się za horyzont, sylwetka góry odbijająca się w jeziorze, błękit nieba, chmura porywanego przez wiatr śniegu z wierzchołka. Bajka. Miejsce do spania średnie, ale do podziwiania doskonałe. Z rozbijaniem namiotu muszę raczej poczekać do zmroku.

To jest spektakl. Wczoraj wieczorem było wyśmienicie. Dzisiejszy poranek jest po stokroć lepszy. Taniec oświetlonych porannym słońcem mgieł nad taflą jeziora. Zatrzymałem się tu na noc dla góry, planowałem jechać dalej. Góry nie ma. Jest za to tak pięknie, że  zapominam jak tragicznie zimno było w nocy. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak zmarzł. Sroga nauka na przyszłość – październik w Japonii może być chłodny, śpiwór trzeba brać. Ubrałem w nocy wszystko, zawinąłem się w nrc, wlazłem do płachty biwakowej i namiotu. Nie wystarczyło, co chwilę budziłem się z zimna. O czwartej trzydzieści uciekłem z namiotu, żeby się poruszać, zjeść śniadanie, zająć się czymś innym niż dygotaniem z zimna. W sam raz na spektakl.

Postój na fotki. Setny chyba. Nawet taki kuracjusz jak ja potrafi docenić ten widok. Zrobię pewnie jeszcze ze 20 zdjęć tutaj, może jedno będzie warte czegoś. Oby, bo takie widoki nie trafiają mi się często. Wysuszone słońcem i wiatrem trawy, a w tle delikatnie ośnieżony wierzchołek. Od wschodu było więcej śniegu, tutaj więcej słońca i przestrzeni. Nie do opisania. Do zobaczenia, koniecznie. Jeśli miałaby tylko jedna góra być na świecie, to wybieram tą. W nosie mam, że się na nią wjechać nie da. Nie potrzeba mi tego. Posiedzę tu jeszcze, popatrzę. Nie spieszy mi się.

Ohydna ta kawa z puszki. Wezmę jeszcze wodę i jakieś izo. Trzeba pozbyć się tego bilonu. Ohydna, czy nie, mam na kawę ochotę. Lepsza taka niż żadna, przynajmniej ciepła. Oprócz automatu nic w okolicy nie znajdę. Gotemba Road 21km? Można by chyba spróbować podjechać trochę tą górę. Pewnie z dycha podjazdu. Do 5 stacji nie jadę, ale i tak może być ciekawie – znak sugeruje drogę widokowo- turystyczną. Tyle razy zmieniałem trasę, że mogę to zrobić raz jeszcze. Potem czeka mnie jazda przez miasta. Japońskie miasta. To pokręcę się jeszcze trochę po okolicy.

Tak, akceptuję warunki korzystania z sieci. Po co znowu to pytanie? Latte, ciastko, ryżowe kanapki, no i internet. Jak to w Lawsonie. Słońce już schowane za górę, nadchodzi szybko noc. Dobrze, że zdążyłem przyjechać do Gotemby w słońcu. Fantastyczny był ten zjazd. Podjazd trochę mozolny z całym sprzętem, ale co tam – na zboczach już jesień, drzewa ubrane w cudowne kolory. Zimno tylko jak diabli podczas jazdy w dół. Pojadę jednak przez Ashigarę. Może na górze trafi się jakieś dobre miejsce na biwak, a jak nie to ugotuję coś i potoczę się dalej. Co to w sumie za różnica 100, czy 200 kilometrów? Przynajmniej się wyśpię w Kamakurze następnej nocy. Łóżko w pokoju wieloosobowym. Tak, zarezerwuj i zapłać. Można jechać.

Przełęcz. Miejsce na spędzenie nocy pierwsza klasa. Widok jest niesamowity. Majestatyczna sylwetka górująca nad pulsującą życiem Gotembą. Żal trochę zwijać się stąd ale drugiej takiej nocy jak nad Yamanaką chyba nie wytrzymam. Zjedzony przed chwilą makaron z serem, popity gorącą czekoladą zrobiły co należy. Jest mi ciepło, ale to chwilowe, nie ma co się oszukiwać. Bez śpiwora będę tu walczył o życie. Chłód spływający z pokrytego śniegiem wierzchołka dociera również tu. Po drugiej stronie grzbietu powinno być cieplej. Zjadę spokojnie na dół i jakoś dotrę do Kamakury. Powinienem być trochę po północy. Jazda w nocy po Tokaido będzie znośna. Znośniejsza.

Mogłem zatrzymać się w tej pralni samoobsługowej. Przeprałbym ubranie, poczytał Murakamiego, podładował telefon, zmarnował trochę czasu. A tak, muszę jeszcze posiedzieć parę godzin na tej ławce, poczekać na wschód słońca. Szkoda, że niebo tak zachmurzone. Nie ma nawet sensu wyciągać aparatu. Może to i dobrze, nie muszę wygrzebywać się z płachty biwakowej. Wprawdzie nie jest tak zimno jak poprzedniej nocy, ale ciepło też nie. Po kilkunastu godzinach włóczęgi przydałoby się porządnie wypocząć. Czemu te dzieciaki tak hałasują? Jest 3 w nocy. Morza przez was nie słyszę.

Która jest właściwie godzina? Zameldowanie, szybki prysznic, a potem drzemka w wygodnym hostelowym łóżku sprawiły, że kompletnie straciłem rachubę czasu. Niebo jest zasnute chmurami zwiastującymi drastyczną zmianę pogody. Męczę się potwornie na krótkiej przejażdżce po okolicy. Wprawdzie jest trochę pod górkę, trochę też wieje mi w twarz, ale to nie to – ja po prostu jestem wykończony atrakcjami dnia poprzedniego. Dość mam jazdy na dziś, zawracam. Posiedzę na ławce i pogapię się na surferów próbujących wycisnąć ile się da z dzisiejszych słabych warunków. Poszwędam się po okolicy w deszczu, bez celu. Wypiję kawę, poczytam, poobserwuję.

W większości sąsiadujących pokoi hałasują suszarki do włosów. Za hotelowym oknem ściana deszczu. Lubię tą deszczową Jokohamę. Rozpadało się poprzedniego wieczora i leje tak bez przerwy. Duża zawartość deszczu w deszczu. Na szczęście cały dzień było raczej ciepło, więc ulewa specjalnie mi nie doskwierała podczas jazdy. Zbyt wiele wydarzyło się podczas mojej podróży, żebym się przejmował. Wczorajszy, zakrapiany tanią sake wieczór w towarzystwie Amerykanina, Argentyńczyka, Chińczyka i Japończyka przypieczętował powrót do cywilizacji. Moja suszarka wyje najgłośniej. Wszystko już prawie suche. Dobrze, zmieszczę się w limicie wagowym bez zbędnych problemów. Cholera, znowu środek nocy. Wyśpię się chyba w samolocie.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra