Caffe corretto con grappa. Rozjaśnia umysł, pobudza ciało. Dobrze wpływa na plany rowerowe. Moja przygoda na Monte Baldo jest doskonałym tego potwierdzeniem.

Pomysł na wypad przyszedł mi do głowy w pracy. Przy stoliku kawiarnianym w Gargnano, podczas popołudniowego poreferatowego rytuału, którego głównymi składnikami byli włoscy matematycy, mocna kawa z odrobiną grappy oraz gelato. Gargnano odwiedziłem w czerwcu przy okazji konferencji. Widok na Monte Baldo, leżący na przeciwległym brzegu jeziora Garda masyw górski, towarzyszył mi przez większą część dnia. Postanowiłem, że wybiorę się nań w sierpniu, podczas rodzinnego urlopu.

Na zboczach Monte Baldo jest trochę malowniczych szos do przejechania. Nie byłem jednak zainteresowany kolarstwem szosowym. Chciałem na moim gravelu zdobyć Cima Telegrafo, szczyt o wysokości 2200 m n.p.m. w południowej części masywu, na który prowadziły wyłącznie szlaki turystyczne. Alpinizm rowerowy. Kolarstwo wysokogórskie. To chodziło mi po głowie. Miałem już za sobą wizytę na Tremalzo oraz Monte Stivo, byłem zatem dość dobrze przygotowany mentalnie na to co miało mnie czekać.

Trasę przygotowałem z grubsza. Gpx ze Stravy oraz fotka kluczowej części mapy turystycznej. Wyruszyłem rano, żeby na odcinku od Riva del Garda do Malcesine uniknąć kierowców. SR 249 była pusta, a jazda wzdłuż brzegów jeziora, w porannym chłodzie, była bardzo przyjemna. Najlepsze włoskie drogi, o te drugiej i niższej kategorii, albo drogi poranne.

W Malcesine czekała mnie niespodzianka – podjazd Punta Veleno do Prady. Jeden z trudniejszych podjazdów jaki robiłem. Nie chodzi wyłącznie o cyfry, chociaż te są imponujące. 8km ze średnim nachyleniem 12%, długie odcinki z nachyleniem powyżej 15%. Najgorsze, że wszystko wąską drogą wiodącą przez las, w zasadzie bez widoków. Umęczyłem się strasznie. Powiedzmy sobie otwarcie – ten podjazd jest interesujący tylko wtedy, gdy coś interesującego po nim następuje.

Punta Veleno mnie zaskoczyło. Planując trasy zazwyczaj nie troszczę się o sprawdzanie segmentów na Stravie, czy innych detali. Ważniejsza jest dla mnie logiczna całościowa koncepcja trasy, a nie jej szczegóły. Prowadzi to czasem o niespodzianek, niekoniecznie miłych, ale taki styl planowania i przemieszczania się na rowerze preferuję. Wymaga on sporo elastyczności, czasami umiejętności podejmowania szybkich i ryzykownych decyzji, ale mi odpowiada.

Trochę za Pradą odbiłem na szutrowe drogi prowadzące w kierunku Rifugio Chierego (1900 m n.p.m.). Dosyć szybko, gdzieś na 1200 m n.p.m. zostałem zmuszony warunkami do zejścia z roweru. Na bardzo kamienistych drogach moje dosyć wąskie opony nie dawały sobie rady. Przełożenia, chociaż bardzo miękkie w moim Fuji, też były niewystarczające. Z rowerem pchanym  obok lub przerzuconym przez ramię zdobywałem kolejne metry wysokości, aż dotarłem do schroniska. Towarzyszyły mi piękne widoki oraz zdziwione spojrzenia nielicznych turystów przemierzających szlaki. Kolarze nie są raczej częstymi gośćmi w tych okolicach.

Kolejny zaplanowany etap mojej wycieczki miał wieść z Rifugio Chierego do Passo Cavallo, po prawdziwie górskim szlaku. Miałem pewne wątpliwości, czy uda się go pokonać. Okolica obfituje w via ferraty, a to już coś sugeruje. Wspinanie z rowerem na plecach nie należy do łatwych. Pokonywanie trudnego skalistego szlaku w dół, z rowerem na ramieniu, to zupełnie inna bajka. Miałem obawy, czy się uda. Martwiłem się też trochę o pogodę – przez pobliskie szczyty przewalały się chmury, a mgła raz po raz spowijała dolinę. Wąpliwości rozwiałem klasycznie piwem i kawą. Jak przygoda, to przygoda. Alpinizm kurde rowerowy, czy nie?

Trasa od schroniska Chierego do przełęczy Cavallo była wyjątkowa. Było ciężko, technicznie, trochę ryzykownie. Było też pięknie. Chmury gnane wiatrem po błękitnym niebie i skaliste szczyty stworzyły fantastyczną oprawę do moich zmagań. To były te cudowne chwile, kiedy cały świat poza tym jednym miejscem, poza tą jedną chwilą przestaje istnieć, kiedy jest się tylko tu i teraz, kiedy umysł i ciało stanowią doskonałą całość. Doświadczenie transcendentne.

Podczas przejścia szlakiem towarzyszyły mi tak silne emocje, że, gdy w końcu dotarłem do asfaltu, odetchnąłem z ulgą. Za sobą miałem kilka godzin wyczerpującego marszu z rowerem na ramieniu. Przed sobą jakieś 40km gładkiej, malowniczej drogi. Dobrze było się odprężyć, z poczuciem, że więcej niespodzianek przede mną nie ma. Droga prowadziła w większości w dół. Mogłem swobodnie pościgać się na serpentynach z samochodami.

Zawsze wiedziałem, że trzymanie się utartych dróg nie jest dla mnie. Na Monte Baldo zrozumiałem, że moje kolarstwo to takie, w którym nie tylko od jazdy na rowerze ważniejsze jest, gdzie dotrę i co przeżyję, ale również kolarstwo w którym porzuca się utarte drogi, ale także porzuca się samo kolarstwa, jeśli tylko zajdzie potrzeba.

Kawa, grappa i matematyka dają dosyć poważne efekty uboczne.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra