Poszła. Druga już, więcej nie mam. Pierwsza przebita jakieś 9 sektorów temu. Jeszcze jakieś 30km przede mną. Parę sektorów pod drodze, w tym pięciogwiazdkowy Carrefour de l’Arbre. Pięciokurdegwiazdkowy. Jak ja to przejadę bez zapasu? Jak strzeli, to czeka mnie długi niedzielny spacer. Fizików szkoda.

Pogoda dopisuje. Od samego rana, od wyjechania z V2 jest dosyć słonecznie. Nie żeby było jakoś super ciepło, w końcu to październik, ale jest. Ciepławo. Szkoda, że bidon pusty, a pić mi się chce jak wielbłądowi. Perspektywa wieczornego Tripel Karmelieta sprawia mi radość i cierpienie jednocześnie. Mogłem wypić więcej na stacji, ale nie, nie będę przecież po paru piwkach na rowerze jeździł. Tylko kto by to w tym cholernym szczerym polu sprawdził?

Szutry, wertepy, beton, kostka. Najgorsze drogi wokoło Krakowa. Mam dobrych towarzyszy, więc jeździmy po ‘’gruzie’’, wszędzie tam, gdzie rowery dają radę. A dają radę w ciężkich warunkach. Można się czasem zdziwić co szosa na 25mm potrafi przejechać pod wystarczająco zdeterminowanym człowiekiem. Kolarstwo klasyczne uprawiamy.

Bardzo lubię wiosenne klasyki. I kolarzy, którzy potrafią je jeździć. Paryż-Roubaix lubię chyba najbardziej. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu na miesiąc do Lille, które jest o rzut brukową kostką od Roubaix, wiedziałem od razu, że rower jedzie ze mną. Wprawdzie przełom września i października, to już prawie czas na przełaj, szczególnie w tym rejonie świata, ale błoto nie zając. Zabrałem szosę. Przejechanie zasadniczej części trasy Paryża-Roubaix podczas pobytu w Lille było bardziej niż oczywiste. Prosty plan – 20 sektorów brukowych. Na więcej nie starczy jesiennego dnia. Ponad 40 kilometrów bruku, a w tle jakieś 120km asfaltów. Solo. No, kto by nie chciał?

Prawdziwa jazda rozpoczęła się w Haveluy. Wcześniejsze 70km po asfaltach dobudziły mnie i trochę dogrzały. Poranek był nieszczególnie przyjemny – powinienem raczej odespać kolejną już degustację belgijskiego piwa, która się troszkę przeciągnęła dnia poprzedniego, ale wsiadłem na rower. Małe śniadanie zjadłem po drodze. Kawa i croissant.

W Haveluy wjechałem na sektor Barnarda Hinaulta. Spotkanie z kolarską historią – fajne uczucie. Trochę potem Arenberg. Wiedziałem jak jechać – raczej twardo, ręce na górze. Uważnie, bo bruki Paryża-Roubaix, to bruki przez duże B. Kto nie jechał, ten nie wie. Szukanie bardziej komfortowej linii to tylko zajęcie dla zmęczonego umysłu. Tam nie ma komfortowej linii. Na środku bardziej trzęsie, na bokach za to więcej dziur. Czułem się dobrze.

Cierpienie zaczyna się od nadgarstków. Rozlewa się na dłonie, ręce, barki, plecy. Trasa jest płaska, cały czas płaska, więc można jechać. Nawet jak już się nie chce, jak ciało ogarnia potworne zmęczenie, to można jechać. Paradoks polega właśnie na tym, że noga cały czas podaje, cały czas z blatu, a sił na jazdę brak, bo reszta ciała protestuje. Jak ja dobrze rozumiem teraz te wszystkie żelowe nakładki na kierownice, czy tejpy na palcach prosów. Tutaj nie ma mowy o wygodzie?

Do hotelu dotarłem po 150 kilometrach i 6 godzinach jazdy. Szczęśliwie, bo nie miałem kolejnych kapci. Na wymianie dętek i postojach spędziłem dodatkowo sporo czasu. To był bardzo długi dzień i chociaż na pierwszy rzut oka nie robi specjalnego wrażenia, to był jeden z  najtrudniejszych dni na rowerze. Żadna z wcześniejszych tras nie była tak wymagająca fizycznie i psychicznie. Nawet nie chcę myśleć, co bym tam przeżył, gdyby pogoda była gorsza. Ale było warto, bo to piękna trasa i wspaniałe doświadczenie. Jedno z moich najlepszych. Spróbujcie Paryża-Roubaix.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra