Siedzisz sobie wygodnie na kamykach na plaży w Rivie i rozglądasz się dookoła. Przed tobą, rozciągnięte tak, że nie widzisz przeciwległego brzegu, jest największe włoskie lago. Po lewej stronie masz masyw Monte Baldo. Na tyłach Baldo są świetne drogi, a jeśli z nich zboczysz, to odnajdziesz dużo gruzu – takiego do jeżdżenia i do chodzenia (poczytasz o tym tu). Na prawo masz dużo stromych ścian i mniej wybitnych szczytów. Są też galerie oraz szutry. Schowane jest Tremalzo, zdecydowanie warte odwiedzenia (o tym poczytasz tu). Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie są ścieżki dla MTB, ale tym się tutaj nie zajmujemy. Tym się zajmują inni. Za tobą rozciąga się zaś dolina, której część zakrywa tafla Lago di Garda. Wzdłuż niej biegnie kolejny masyw górski, będący niejako przedłużeniem Monte Baldo, który ja kategoryzuje jako Bondone. Jego pierwszym istotnym szczytem od strony Rivy jest mój stary znajomy Monte Stivo (o wizycie na nim pisałem tu), na końcu znajduje się zaś Cima Verde. Podchodząc do tematu precyzyjnie, Monte Bondone to nazwa obejmująca górę z zestawem czterech szczytów – Cima Verde oraz Doss d’Abramo, Cima Palon i Monte Cornetto – ale uproszczę sprawę i będę mówić o Bondone mając na myśli wszystko co pomiędzy Monte Stivo, a Cima Verde.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Bondone był moim placem zabaw podczas ostatniego urlopu nad Gardą. Rodzinnego urlopu, powinienem dodać. Przy sprawiedliwym podziale czasu z żoną wychodziło mi jakieś 5 dni podczas których mógłbym pojeździć. Od wczesnego rana, do lekkiego popołudnia. Oczywiście nastawianie się na wielkie tury po okolicy nie miałoby w takim układzie sensu. Zresztą okolica sprzyja bardziej alternatywnym sposobom kolarzowania.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

W okolicy Gardy robiłem pierwsze poważniejsze kroki po szutrach, tam też wymyśliłem dla siebie coś co roboczo nazywam alpinizmem rowerowym, będący wypadkową mojej miłości do wspinania, biegania po górach i jazdy na rowerze. Kiedy zaczynałem dwa lata temu swoje pierwsze spacery po okolicznych szczytach z rowerem, nie miałem pojęcia, że ta forma zabawy z rowerem w górach istniała w zbliżonej formie dużo wcześniej.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Postanowiłem na rodzinnym urlopie zająć się eksploracją Bondone. Zaplanowałem przejechanie i przejście z rowerem wszystkiego w masywie co zdołam. Plan może wydawać się trochę dziwny. Wokoło masa gór, rozmaitych dróg, a ja chciałem ograniczyć się do jednego zakątka okolicy, który do tego w ogóle nie jest rowerowy w swojej zasadniczej części. Plan na pewno nie był był standardowy, ale po pierwsze – takie przygody mi odpowiadają, a po drugie – mam w zwyczaju, zabierając się za poznawanie jakiegoś terenu, robić to dokładnie. Nie lubię przelatywania przez świat i poznawania go po łebkach. Lubię odnajdywanie ciekawostek, szczegółów, smaczków, rzeczy drobnych.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Co postanowiłem, to robiłem. Wstawałem około 4.30 i wyruszałem jeszcze w porannej szarówce na północ. Na początku zawsze były asfalty, płaskie. Potem robiło się stromo. Kiedy kończył się asfalt, zaczynały się szutry, którymi wspinałem się wyżej. Czasami było ich sporo, a czasami prawie natychmiast przechodziły w teren, który do jazdy się kompletnie nie nadawał. Zarzucałem wtedy rower na ramię i szedłem aż docierałem do szczytu albo przełęczy, które akurat miałem w planie. Teren wysoko nie nadawał się na rower, żaden. Kontynuowałem zatem swoją pieszą wycieczką do kolejnego zaplanowanego szczytu, lub przełęczy i tam rozpoczynałem odwrót w doliny, takimi drogami jakie mi Bondone oferowało. Potem kierowałem się na Rivę. Resztę dnia spędzałem z rodziną.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Gdy spoglądam teraz na mapę, to mogę znaleźć jeszcze parę odcinków szlaków, ścieżek, czy dróg na Bondone, których nie odwiedziłem. Nielicznych. Takich na które chyba nikt inny z rowerem też nie dotarł. Czuję się tam trochę jak u siebie. Gdybym tylko jeszcze pamiętał wszystkie lokalne nazwy, chyba mógłbym być tam przewodnikiem. W tym roku znowu wracamy nad Gardę …

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra