Biegałem kiedyś po górach.  Wstawałem czasem przed świtem, wskakiwałem do samochodu i po godzince, czy dwóch jazdy, kiedy świat dopiero przecierał oczy ze snu, ruszałem na szlak. Tam spędzałem kilka, czasami kilkanaście godzin w ruchu, solo. Gdy kończyłem biegać, wyjechany do gruntu siadałem pod samochodem i popijając shake’a próbowałem się jakoś pozbierać. Później wracałem za kierownicę.

Bardzo te górskie wycieczki biegowe lubiłem i wszystko byłoby wspaniale, gdyby w tej historii nie pojawiał się samochód. Mam dosyć prosty pogląd w kwestii samochodu: jeśli możesz, nie używaj. Trudno pogodzić szacunek dla przyrody z jej niszczeniem spowodowanym wyłącznie wygodą własnych czterech liter, a nie koniecznością. Nie potrafiłem wtedy znaleźć dobrego rozwiązania tego problemu, ale teraz jakby je mam.

Na szczyty, na które kiedyś bym wbiegał, mogę wdrapać się z rowerem na ramieniu, a trasę, którą pokonywałbym kiedyś na czterech kołach, mogę przekręcić na dwóch. Nie jestem tak szybki jak kiedyś, ale to w gruncie rzeczy jest już mi obojętne. Jeśli chcę dotrzeć daleko, to zabiorę ze sobą manele i zrobię bikepacking. Przy okazji wpadnie mi jakiś klasyczny szosowy podjazd, pośmigam dodatkowo po gruzie, a wisienką na torcie będzie mega zjazd. Proste. Nie zawsze skuteczne, ale proste. Połączenie kolarstwa szosowego i biegania po górach. Wysokogórski przełaj. Alpinizm rowerowy. Dla mnie sztos.

Mógłbym oczywiście rower zostawić na dole i zrobić pętle na nogach, wracając do roweru. To niezłe rozwiązanie, ale trochę ograniczające, bo jednak punkt startu w góry musi być również punktem końcowym. Opcja jeżdżenia wszędzie rowerem ma swoje granice, bo jednak nie wszędzie #przejedzie, a przejść już się da. Mój pomysł na poruszanie się po górach jest mój i mi odpowiada, więc jeśli zobaczysz kiedyś wysoko na szlaku gościa z szutrówką na ramieniu, to mogę być właśnie ja. 

Ps. Łatwo się domyśleć, że podobne dylematy do moich towarzyszyły już wielu ludziom. To one doprowadziły do powstania fantastycznego przewodnika Freda Wrighta Rough Stuff Cycling in the Alps, którego wznowienie ukazało się bardzo niedawno. Również w ich wyniku świetny biegacz ultra Dakota Jones pojechał 250 mil na Pikes Peak Marathon właśnie na rowerze. Dodam, że Dakota wygrał ten kultowy maraton górski, a potem rowerem wrócił do domu. Jeśli więc mój pomysł wydaje Ci się odrobinę szalony, to wiedz, że jest to już szaleństwo zbiorowe.