Stabilna pogoda. Fantastyczne, długie podjazdy. Majestatyczne góry. Rewelacyjne drogi. Kulturalni kierowcy. Umiarkowany ruch. Stosunek liczby kolarzy do kilometra bieżącego drogi na rozsądnym poziomie. Dobra komunikacja lotnicza. Rewelacyjna kawa. Tapasy. Manana. Dobry kolarski warun, w skrócie. To Sierra Nevada, jedna z modniejszych kolarskich miejscówka z kategorii tych mniej oczywistych. Szymon, Maniek, Sagan, followersi, Tony Halik pewnie – wszyscy tam już byli, są, albo zaraz będą.

Trio z Belville też w Sierra Nevada było. Łukasz, Radzio i ja. Polecieliśmy tam łapać kolarską opaleniznę, wyrwać się zimie i rodzinom, pojeździć wreszcie. Polecieliśmy w marcu, jak nam Ryanair dobrze doradził. Pożyczyliśmy w Maladze czołg i pojechaliśmy nim do Velez. Rowery wzięliśmy od Cormaca.

Jeździliśmy dużo. Mapą i Stravą zarządzał Łukasz, najbardziej zorientowany w hiszpańskich klimatach. Ja z Radziem, jeździliśmy grzecznie za nim. Szczególnie na zjazdach. Podjazdy wyrównywały nasze szanse. Radzia w sumie nie bardzo – bardzo pochłaniała go fotografa. Jeździliśmy. Gadaliśmy. Pozdrawialiśmy.

Poranki w Velez były trudne. Z każdym dniem naszego pobytu trudniejsze. Nogi ciężkie, wszystko obolałe. Niby Hiszpania, a tam zimno jakoś. Na trasy wyjeżdżaliśmy uzbrojeni w kamizelki, bluzy, rękawki, nogawki itd. Widząc tak ubranych localsów pierwszego, czy drugiego dnia, podśmiewaliśmy się po cichu, ale nam szybko przeszło. Zaaklimatyzowaliśmy się.

Radek odmawiał wczesnego wstawania. Do Rubite ruszyliśmy tylko we dwóch, z Łukaszem. W zasadzie to w planach Rubite nie mieliśmy, chcieliśmy ruszyć rankiem przez Haza del Lino gdzieś indziej. Nie pamiętam gdzie, bo tam po prostu nie dotarliśmy. Za to Rubite zapamiętałem.

Początek płaski, no prawie płaski, a potem odbicie w prawo – na Haza del Lino. Powolna wspinaczka w towarzystwie chmur. Zanim dotarliśmy do przełęczy zaczęło padać. Humory nam zdecydowanie dopisywały. Jedziemy na potężną pętlę z masą podjazdów, a tu pada. Jak się nie cieszyć? Będzie epicko. No i było. Do najwyższego punktu docieraliśmy już w śniegu. Nasz ekwipunek nagle stał się nic nie warty w tych warunkach. Wesołe rozmowy umilkły zastąpione szczękaniem zębami. Jakiś kierowca zatrzymał się, żeby nas ostrzec przed zjazdami w śniegu. Sytuacja zrobiła się nagle trochę poważna. Szybka decyzja. Pieprzyć potężną pętlę, spadamy jak najszybciej w doliny. Po drodze – Rubite.

To był zjazd w tempie podjazdu. Po śliskiej i krętej drodze. Takiej, po której w dobrych warunkach jechałoby się z przyjemnością, a w złych jechać trochę strach. Zmarznięte palce zupełnie nie czuły hamulców. Spięte, wyziębione ciało nie stanowiło już jedności z rowerem, było jak zbędny balast utrudniający pokonywanie każdego zakrętu. Docierając do Rubite marzyliśmy o jakimkolwiek schronieniu.

W każdym z hiszpańskich miasteczek, które odwiedziliśmy w Sierra Nevada można było znaleźć lokal z kawą i jakimś jedzeniem. Tak samo było w Rubite. Nie dość, że lokal był czynny, to jeszcze właściciel do kawy podał nam elektryczny grzejnik. Musieliśmy nieźle wyglądać. Kawą zapiliśmy wydobyte z kieszonek żelki, na które z apetytem spoglądał będący na wyposażeniu lokalu labrador. Zazwyczaj pijam cafe solo, ale tego dnia – cafe con leche. Duża i ciepła. Powoli odzyskiwaliśmy energię. Czując się w końcu bezpiecznie, mogliśmy sobie pozwolić na żarty z  tego jaki łomot sprawiła nam Natura.

Nie doceniliśmy Sierra Navada i daliśmy się wywieźć w pole naszym własnym wyobrażeniom. Kolaż obrazów słonecznej Hiszpanii oraz PROsów zdobywających zaśnieżone przełęcze, który mieliśmy w naszych głowach, był niczym innym tylko złudzeniem. Rubite to była dobra lekcja z rzeczywistości.

Gdy byliśmy już gotowi do dalszej drogi, nad Rubite pojawiło się już słońce. Nie opuściło nas przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów, aż do Velez.

Destination Lycra

Destinatio Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra