Zmierzchało. Dotarłem pierwszy na przełęcz. Zatrzymałem się pod jednym z kilku ulokowanych tam niebieskich barakowozów. Przez otwarte ciągle drzwi jednego z nich przechodzili to w jedną, to w drugą stronę kierowcy zaparkowanych obok wysłużonych ciężarówek. W środku Kirgizka serwowała jakieś proste jedzenie. Przywitałem się. Odpowiedziała skinieniem i zapraszającym do środka wzrokiem. Temperatura szybko spadała, towarzyszący mi od rana deszcz mieszał się ze śniegiem. Wszystkie szczyty wokoło były białe. Po chwili dotarł na przełęcz Jon. Chuchając rozgrzewał swoje niczym nieodziane dłonie. Nie nosił rękawiczek, skarpet też. Klasycznie jechał w sandałach. Zahartowała go najwyraźniej dotychczasowa pięciomiesięczna podróż. Spojrzeliśmy w dół w poszukiwaniu Krisa. Ten był kilkaset metrów od nas na poboczu i zdejmował właśnie z roweru sakwy.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Poznałem ich rano nad Song Kol, gdy czekałem cierpliwie na śniadanie, które miałem dostać po noclegu w jurcie. Zatrzymał ich pies, który był na wyposażeniu obozu. Porozmawialiśmy może pięć minut, standardowe skąd, gdzie, jak długo. Zmierzali tak jak ja do Biszkeku przez Kegety. Planowaliśmy zupełnie inne trasy, ale pogoda zdecydowała, że pojedziemy razem. Po posiłku zwinąłem się szybko, żeby ich dogonić. Los podarował mi towarzyszy.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Gdy zjechaliśmy do Krisa, zabierał się za wymianę opony, co powinien był zrobić pewnie kilkaset kilometrów wcześniej. Nie zrobił tego w dobrych warunkach, więc czekała go wątpliwa przyjemność zmagania się ze sztywną z zimna drutowaną oponą w deszczu i prawie zerowej temperaturze. Staliśmy z Jonem boku i przyglądaliśmy się, gdy Kris bezskutecznie próbował założyć nową oponę na obręcz. Po kilkunastu minutach przytomnie zasugerowałem zabranie całego majdanu na przełęcz i podjęcie kolejnej próby już po ogrzaniu siebie oraz sprzętu w barakowozowej restauracji.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Rozgrzałem się szybko przy kozie, a potem usiadłem przy stole, żeby skosztować wędzonej ryby. Kolejne kęsy zagryzałem lepioszką i zapijałem czajem. Dużą ilością czaju z cukrem. Jon zmienił Krisa i dalej walczył z oponą. Oprócz nas przy stole siedziało jeszcze trzech Kirgizów i  Chińczyk. Każda próba założenia nowej opony kończyła się przyszczypaną dętką i łataniem. Po czwartym do pomocy zabrali się Kirgizi. Połamane aluminiowe łyżki moich jednodniowych kompanów poszły w kąt i zastąpił je ciężki sprzęt z Kamaza. Lata praktyki na dziurawych kirgiskich drogach najwyraźniej owocowały, bo koło zdawało się trzymać powietrze. Dojedliśmy swoje porcje ryby, dopiliśmy czaj, ale zostaliśmy jeszcze trochę w środku. Za oknem była ciemność.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Namioty rozbiliśmy może ze dwadzieścia metrów od parkingu, a może nawet nie. Przez całą noc hałasowały silniki samochodów. Wszystkie mokre rzeczy szybko zamarzły. Rano obudził nas piękny wschód słońca. Z opony zeszło całe powietrze.

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra