To był zdecydowanie najdłuższy dzień roku. Rozpoczął i skończył się w nocy. Nic w tym dziwnego w sumie, z każdym dniem tak jest ale nie wszystkie dni są jednakowe. Ten nie był jednakowy na pewno.

Wstałem wcześnie. Położyłem się późno i szanse na wyspanie były żadne, mogłem zatem ze spokojem wstać wcześnie. No, więc wstałem. Rano wszystko krzyczy. Skrzypienia i trzaski. Podłoga, okiennice, drzwi, krzesło, deska od toalety … wszystko. Norma, której nie znoszę. Tym bardziej w średniowiecznym apartamencie, który pamięta Boccaccia. Zjadłem trochę po omacku i wydostałem się z rowerem na zewnątrz. Bez entuzjazmu. Wiedziałem, że będzie padać.

Destination Lycra

Destination Lycra

Certaldo, Poggibonsi, Siena. Dojazdówka początkowo w granacie, a potem w wilgotnej szarości. Jeszcze nigdzie nie dojechałem, a już zastanawiałem się jak ewentualnie rozegrać kwestię skrócenia trasy. Żeby w sumie to polec, ale tak raczej bohatersko, jakby się dało. Nic nie wymyśliłem, bo bez kawy o tej porze jestem niezdolny, a niebo nie chciało się otworzyć i postawić sprawy jasno.

Na Piazza del Campo były pustki. Uwielbiam wprost te wszystkie turystyczne musisz zobaczyć o tak wczesnej porze. Przyjezdni się relaksują się w pościeli, lokalsi zamieniają espresso w ekspresso, a dla mnie dwa ciastka z budyniem i doppio, per favore. Spędziłem chwilkę na mokrych czerwonych schodach i ruszyłem w drogę. Przez centrum wśród aut, tych co dopiero docierają. Potem już na spokojnie. Deszcz wybrał się na włóczęgą po wzgórzach.

Destination Lycra

Wjechałem na szutry. Nie wiem skąd to się bierze, te emocje. No dobra, częściowo wiem – z Eurosportu. Marketingowa machina działa sprawnie, ale to nie tylko to. Większość kolarskich graali mi w sumie wisi, a bruki Paryża-Roubaix i szutry Strade Bianche w rameczce nad łóżkiem. Żal mi trochę było, że świętości brukam oponą 36mm i obuwiem mtb, ale zrobiłem szybki rachunek sumienia i mocno postanowiłem poprawę.

Tego dnia białe było żółte. Pod słońcem Toskanii paleta barw z pewnością spełnia oczekiwania, ale problem w tym, że słońca nie było. Niebo w graficie, a pola zalane ciemną zielenią. Gdzie złoto?

Destination Lycra

Szutry wiły się po wzgórzach. Sektor po sektorze. Hopka za hopką. Podjazd, zjazd, podjazd, zjazd i tak w koło. Podjazdy sztywne, a sektory zaskakujące długością. Co raz doganiałem deszcz, by po chwili, gwałtownym skokiem w bok, uciec w resztki słońca. Nie miałem żadnego towarzystwa. W okolicy Gaole otuchy dodawały trochę drogowskazy z l’Eroica. Nie dodawały jednak energii, której pozbywałem się z każdym kilometrem. Na asfaltowym zjeździe, gdzieś w przed Asciano, umarłem. Dopadła mnie ściana deszczu. Byłem przemoczony do cna, zziębnięty, zmęczony i do tego głodny. Do Sieny został szmat drogi, o Certaldo nawet wolałem nie myśleć, bo ogarniała mnie rozpacz. Nikt mi tam w niczym nie mógł pomóc. Samotność długodystansowca potrafi sprawić ból.

Destination Lycra

Destination Lycra

W takiej sytuacji trzeba po prostu jechać. Alternatywy nie ma, więc ruszyłem z nadzieją, że chociaż deszcz trochę odpuści i … wjechałem na sektor Cancellary. Nie ma to jak się rozłożyć przed najtrudniejszym odcinkiem całej przejażdżki. 11.5 kilometra szutrowej tyry w strugach deszczu. Dżizaskurwajapierdole!

11.5 kilometra szutrowego katharsis. Najlepszy i zarazem najgorszy odcinek gruzu jaki robiłem na rowerze. Nie odzyskałem po nim sił, ale odzyskałem nadzieję. Było bardzo ciężko. Widziałem owce, psa i dom na wzgórzu. Epic shit.

Destination Lycra

Dosyć nieoczekiwanie pogoda zaczęła się poprawiać wraz z moim zbliżaniem się do Sieny. Gdy w końcu do niej dotarłem świeciło już słońce. Kilkadziesiąt kilometrów wcześniej wpadałem w hipotermię, a w Sienie rozglądałem się za wodą, którą mógłbym zlać głowę. Klasyk. Na szczęście słońce chyliło się ku zachodowi. Z drugiej strony miałem jeszcze przed sobą sporo kilometrów przez wzgórza Chianti, więc z tym zachodzącym słońcem aż tak szczęśliwy się nie czułem. Co innego jazda po ciemku na świeżego, a co innego po całym dniu w siodle.

Destination Lycra

Destination Lycra

Nie pozostało nic innego jak jechać. Znowu. Jak to zwykle bywa, łatwiej powiedzieć, trudniej zrealizować – zaplanowałem trasę przez Castellinę, a wiedzie ona solidnym podjazdem. Rzecz w tym, że na papierze Toskania to teren nie robiący jakiegoś wielkiego wrażenia na kimś obytym z jazdą po górach, a w praktyce potrafi dać w kość. W Chianti jest co podjeżdżać i nie są to bynajmniej podkrakowskie hopki. W efekcie, w Castellinie byłem krótko przed zmrokiem, po dosyć heroicznym boju. Wyjeżdżając z Sieny nie zadbałem jakoś szczególnie o uzupełnienie zapasów wody, czy żywności i w drodze do Castelliny zaliczyłem konkretną bombę. W całej tej dosyć już tragikomicznej sytuacji dobre było, to, że w zasadzie od tego momentu miałem już raczej w dół. Zjazd do Poggibonsi wymęczyłem, chociaż w normalnych okolicznościach przyrody te 10 kilometrów byłoby źródłem niczym nie zmąconej przyjemności. W kompletnych ciemnościach, trochę błądząc, doczołgałem się pod apartament w Certaldo.

Destination Lycra

Na piętrze czekała na mnie rodzina i jedzenie, a ja nie miałem kompletnie sił, żeby się zebrać z progu. To był najdłuższy dzień w roku. Rozpoczął i skończył się w nocy.