Nastała w końcu wiosna i z Tacheddirt słońce zlizało resztki śniegu. Po zazielenionych zboczach gór niesie się wesołe pobekiwanie kóz i owiec, których stada przemierzają doliny leżące po pobu stronach przełęczy. Na szlaku pojawili się już turyści podążający za niebieskimi kropkami pod Toubkal, albo odwrotnie pod wodospady Setti Fatmy. Tak twierdził Ibrahim, a kto ma to wiedzieć w wiosce lepiej niż właściciel najlepszego gîte d’étape w okolicy?

Stary Amazigh bez pośpiechu zbiera się do wyjścia w górę. Wstaje jak zwykle bardzo wcześnie rano, na długo zanim rozlega się pierwsze Allahu akbar śpiewane na cztery strony świata przez muezina. Je skromne śniadanie przyrządzone przez synową, z zadowoleniem nasłuchując odgłosów nalewania z wysoka przesłodzonej miętowej herbaty. Od utraty wzroku nie radzi sobie dobrze z przelewaniem napoju długim strumieniem ze srebrnego czajniczka do niewielkiej szklanki, docenia tym bardziej jej picie w towarzystwie. Z kulbaczeniem muła nie miał natomiast kłopotów ponad te związane z wiekiem i krnąbrnym charakterem zwierzęcia.

Kiedy promienie słońca sięgają najwyżej położonych domostw wioski schodzi z mułem z wygodnej szutrowej drogi na wąską ścieżkę prowadzącą skalistym zboczem w górę.  Muł kroczy nieśpiesznie przodem, za nim podąża Amazigh. W ręce dzierży długi kij, którym z rzadka stanowczo przypomina zwierzęciu, że ma wypatrywać ścieżki, a nie smakowitych pędów pomiędzy rozrzuconymi wszędzie kamieniami. Marsz na Tacheddirt kiedyś zająłby im dwie, może trzy godziny, ale teraz, kiedy obaj mają swoje lata, a niegdyś błękitne oczy Starego zabarwiła ciemność, czasu potrzeba dużo więcej.

Stary zna okolice jak mało kto. Lata wypasania bydła, przewożenia towaru i prowadzenia turystów wyryły w jego głowie tak dokładny jej obraz, że bez najmniejszego wahania wskazuje szczyty i opowiada ze szczegółami jak się na nie dostać i co z nich widać, jeśli tylko ktoś pyta. I pewnie, gdyby tylko musiał, dotarłby sam na przełęcz, ale potrzebuje muła do zaniesienia butelek z wodą i puszek z napojami. 

Droga jest uciążliwa. Stromy szlak jest usiany brunatnymi odłamkami skał. Każda zima przynosi nowe i zabiera stare. Góry żyją powolnym życiem, ale żyją. Małe kamyki wpadają mu ciągle do sandałów, więc od czasu do czasu zatrzymuje się, żeby je wytrzepać wspierając się mocno na kiju. Duże kamienie bezwiednie omija opukawszy je kijem. Długa szata i luźne portki chronią jego nogi przed ostrymi kolcami krzewów. W połowie drogi zatrzymuje się na moment przy strumieniu, żeby odpocząć. Nabiera odrobinę wody w dłoń i przemywa twarz.

Kiedy docierają z mułem na Tacheddirt, siada przy kamieniu na małym wypłaszczeniu i zapala papierosa. Czeka cierpliwie, wystawiając do słońca wysuszoną twarz. Kiedy pojawią się turyści, powie Bonjour, ça va bien? i zaproponuje coś do picia

***

Czy coś w tej historii jest prawdą? Nie wiem. Może to jedna z tych opowieści, które serwuje się turystom? Taka baśń z tysiąca i jednej nocy opowiadana przy whisky i haszu.  A może Norddine nie zmyślał i naprawdę można na Tacheddirt spotkać ślepego starca, który sprzedaje napoje?

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra