Kiedy chcę rozwiązać jakiś problem i nie mam za bardzo pomysłu jak, biorę pióro i zaczynam pisać. Przekształcam wzory, wypisuję luźne spostrzeżenia, wysnuwam hipotezy, formułuję kolejne problemy. Częściej niż rzadziej, z białego szumu udaje się wysnuć jakiś wątek, który prowadzi w dobrym kierunku. Pojawia się rozwiązanie. Nie zawsze najbardziej eleganckie, ale jest. Na początek to wystarczy. Metoda działa. Albo nie, trudno przewidzieć.

Otwieram butelkę białego dobrze schłodzonego Chardonnay z Moraw. Nalewam do kieliszka i siadam przy biurku. Butelkę stawiam w zasięgu ręki, zaraz obok ekranu, w bezpiecznej odległości od przenośnych dysków, które magazynują zdjęcia. Przesuwam na bok kartki zabazgrane z jednej strony notatkami z koreańskiego, a zadrukowane z drugiej stronicami artykułów. Biorę spory łyk wina (przyjemne, chociaż trochę zbyt słodkie) i budzę komputer delikatnym głaśnięciem myszki. Wpisując hasło przyglądam się zakurzonej pod moją nieobecność klawiaturze. Tolek zwleka się z parapetu balkonowego i stukając pazurami o podłogę powoli przychodzi do gabinetu. Obserwuję go z niepokojem – delikatnie kuleje. Zwala się pod biurkiem na mojej stopie. Pokój wypełnia się zapachem zgrzanego i skąpanego w rzece psa. Z pokoju dzieciaków dochodzą zwyczajowe krzyki. Próbuję je zignorować i zebrać myśli. Jest już wieczór, ale ciągle jest za ciepło.

Puszczam przypomniane podczas podróży z Turynu Le Vent Nous Portera i zastanawiam się jak zacząć. Historia Cantata ciągle nie daje mi spokoju, ale nijak się ma do bujania rowerem przez alpejskie szutry? Ile byśmy w pionie, czy poziomie nie zrobili, wszystko to jakieś błahostki, przegryzione gulaszem z dzika i popite karafką lokalnego wina na dodatek. Ciąg luźnych skojarzeń i historyczna ignorancja, wsparte algorytmem Facebooka, przeprowadza mnie przez rajd na Dieppe do bezskutecznej próby wyobrażenia sobie codzienność żołnierzy obsadzonych w bunkrach przekraczanego przez nas płaskowyżu Gardetta. Jakoś głupio teraz pisać o tym jak się męczyliśmy na zalanych słońcem podjazdach? Nieskończoność przez zero.

Może inaczej. Przeglądam zdjęcia. W najgorszym razie liczba kilobajtów na dyskach się zmniejszy. Nie ważne co zrobiłeś, ważne co zostawiłeś. Po każdym przeglądnięciu zostawiam mniej. Jedzie Mariusz. Jedzie Marcin i Wojtek. Jedzie Wojtek. Widok. Bidon i woda. Zmęczenie. Chłopaki siedzą. Stoją. Rowery leżą. I tak dalej. Trochę inaczej niż zwykle, podczas jazdy solo. Dobrze, brakuje też czegoś. Choćby kłótni, żartów, czy problemów ze sprzętem. Jest dużo jazdy. Szybkiej, przynajmniej dla mnie. Założyłem hydro, spd i 700x40m, znałem trasę. Wiedziałem. Moi, ça va bien.

Dolewam wina. Pod wpływem zdjęć idę do salonu i przeglądam półkę. Rough stuff – archiwa i Alpy. Pies jak cień idzie za mną do salonu i z powrotem, ignorując zupełnie moje zostań. Siadam z książkami, otwieram i kartkuję. Przez chwilę ze złością myślę o internetowym dziadostwie, ale szybko o nim zapominam. Zaczynam planować kolejny wyjazd. Old school. Solo. Blisko. Spis treści odsyła mnie na stronę 137. Olewam resztę.