Możliwość wymoczenia nóg w naturalnym gorącym źródle po całym dniu jazdy na rowerze jest wysoko na mojej liście dobrych opcji na zakończenie dnia. Wyżej oczywiście ulokowałbym możliwość wymoczenia siebie w całości połączoną ze spożyciem czegoś dobrego i wrzuceniem na siebie czystych i suchych ciuchów. Ta poszerzona opcja w Shuzenji nie była mi pisana.

Dotarłem na miejsce po zmroku. Onseny już się pozamykały, pozostały jedynie foot spa oraz basen przy rzece przepływającej przez odrestaurowaną niedawno „starówkę”. Teoretycznie totalne zanurzenie było możliwe, w praktyce chyba nikt tutaj tego nie praktykował. Zwyczaje przeniesione z zachodu podczas okresu meiji uczyniły społeczeństwo japońskie pruderyjnym i paradowanie z gołym tyłkiem po centrum było passe, a do onsenu tylko w takim stroju przecież. Rozważałem przez moment wizytę u źródeł pod osłoną nocy, ale to wiązałoby się z wstawaniem, a snu było mi tego dnia chyba najbardziej potrzeba. Skończyło się zatem na moczeniu nóg.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Żałować nie mam czego, bo do serca Izu trafiłem jak najbardziej niezgodnie z planem. Przyniosły mnie tam nieprzyjazne wiatry od morza, które skłoniły mnie do odbicia w Nishiizu z prowadzącej wzdłuż malowniczego wybrzeża drogi na wielokilometrowy dobijający podjazd na przełęcz Nishina. Patrząc na mapę ciężko uwierzyć, że na tym niepozornym półwyspie można znaleźć dwadzieścia kilometrów pod górę, ale rzeczywistość udowadnia, że można. Izu to w równym stopniu góry, co morze. I to nie byle jakie. Miliony lat temu półwysep był garstką podmorskich wulkanów, które się wypiętrzyły i utworzyły wyspę, a ta została sprasowana z Honsiu podczas ruchów płyt tektonicznych. Na wulkanicznych wyspach góry są zawsze nie byle jakie. Inne konsekwencje geologicznej przeszłości Izu są takie, że w większość miasteczek znajdują się onseny. Ukształtowanie terenu szcześliwie ogranicza rozlew brzydoty japońskich miast. Sporą część gór Izu pokrywają gęste lasy, a miasteczka i rybackie wioski, szczególnie w południowej i zachodniej części półwyspu, są wciśnięte w zatoki. Jest za to sporo dróg, wiele z nich wygląda na rzadko wykorzystywane przez samochody i jazda po nich rowerem jest mega wymagająca, ale świetna.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Taka droga 59 na przykład. To nią wspinałem się na przełęcz Nishina, a potem jechałem długo w dół. Niewiele zabudowań przy niej i w zasadzie chyba mogłoby jej nie być, bo służy pewnie garstce ludzi. Ale w Japonii asfaltuje się z rozmachem, więc jest. Wąska i kręta, w sam raz na rower. W deszczu spływa prawdziwymi strumieniami i sporo na niej skalnego syfu, który jak się przekonałem w zeszłym roku potrafi porządnie przeciąć oponę, więc trzeba być uważnym. Nie jest to wcale łatwe, gdy wcześniejszą noc spędziło się w zasadzie bezsennie w sztormie na plaży. Cóż, bywa i tak, gdy się przedkłada spanie pod chmurką nad nocleg pod dachem. Poźniej trzeba się ratować power drzemkami, żeby nie zasnąć podczas jazdy. Jedna drzemka w przydrożnej szopie na podjeździe, druga na przystanku na zjeździe i 59 przejechana.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Na dole krótka wizyta w conbini na internet i kalorie. Vat skoczył z 8% na 10% i nie ma jedzenia w środku. Widok Japończyka, który musi powiedzieć coś o czym wie, że jest nieprzyjemne dla słuchającego jest wyjątkowy. Posiedziałem zatem na krawężniku i kombinowałem co dalej, z pałeczkami w ręku. W środku i tak hula klimatyzacja, więc nie było co tam stać mokry od stóp do głowy. Maps.me powiedziało, żeby jechać do Izu, bo w tam jest dworzec i jest też park. Hai, arigato. Park okazał się nieciekawy, a spanie na dworcu to żadna przyjemność. Jakby trzeba było, to wiadomo, że się da, ale nie było jeszcze bardzo późno, więc można było szukać dalej. Po kolejnym rzucie oka w telefon i dwóch kilometrach jazdy siedziałem otoczony mniej lub bardziej tradycyjnymi zabudowaniami i moczyłem w gorącej wodzie nogi. Nie spodziewałem się tego. Spanie znalazłem tuż obok, w wygodnej altance. Szkoda tylko, że piwa na dworcu kupiłem, bo już nie chciało mi się do baru iść.

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra

 

Destination Lycra