Piasek przyjemnie chrzęści. Jego czerwień dobrze komponuje się z brązem boków moich opon oraz zielenią skąpych krzewów porastającymi podnóże Gennargentu. Oświetlone zimowym słońcem skały zdradzają swym kolorem swoje pochodzenie. Piaskowcowe. W powietrzu nie czuć bliskości morza, ale zdradza je kolor nieba. Wilgotny chrzęst urozmaicają mewie krzyki oraz puste brzęki dzwonków na szyjach skubiących cierpliwie marną roślinność kóz. Jakimś cudem zamieniają ją w mleko, prawdziwy skarb tej okolicy.

Założyłem nowe opony. Włoskie. Stylowe. Trzeba dbać o styl, szczególnie tutaj. Włoska umiejętność łączenia skrajności. Lubię. Tydzień mody na wysypisku śmieci. Rozsypujące się domy na via Petrarka. Każdy emocjonuje się piłką. Do licha, nawet ja we Włoszech emocjonuje się piłką. Nasiąkam. Po cichu marzę o byciu piłkarzem, albo mechanikiem samochodowym.  Martwi mnie moja fryzura, podświadomie mijając kolejne miasteczka wypatruję salonów fryzjerskich. Stylowe opony ratują choć trochę sytuację.

Szutrowa droga powinna doprowadzić mnie do asfaltowej. Nie prowadzi tak jak chciałem, ale w plątaninie tutejszych dróg trudno się odnaleźć. O tym czy mnie doprowadzi zadecyduje wyłożony na środku drogi pies. Pilnowanie kóz na takim odludziu to nudne zajęcie. Samotny kolarz to zawsze jakaś rozrywka. Jest duży. Nie stanowię dla niego zagrożenia. Duże są spokojniejsze, mają więcej w nosie. Ale jak się zdecyduje mnie pogonić, to nie ma bata, żebym mu się urwał. Nic nie wiem. Jadę, czymże jest życie bez odrobiny ryzyka. Grzeczny piesek, miły piesek. Uff, dolce vita!!!

Asfalt wije się wąską skalistą dolina. Wspinam się w kierunku Urzulei i Talany. Wydaje mi się, że w tych okolicach chyba już byłem, rok temu. Powinienem tu być, bo Talanę pamiętam. Zjeżdżałem z niej do Lotzorai na kawę i ciastko. Nie mogę sobie jednak przypomnieć tej fantastycznej doliny. Zawijasy kończą się i jadę najlepszą prostą jaką kiedykolwiek było mi jechać. Jak z amerykańskiego snu. Później jest już miasto i szybka decyzja w kwestii trasy. Opuszczam wszystko co przejezdne i zarzucam rower na ramię.

Klasyczny alpinizm rowerowy. Elevation gain z gatunku tych dobrych. Kamienisty szlak, wiatrołomy, trochę dzicz. Szlak zdecydowanie dawno nie chodzony przez turystów. Wszędzie rozrzucone łuski po nabojach i zwierzęce odchody. Z krzewów co chwila wylatują stada ptaków, uskrzydlone żywe cele. Bloki mam jeszcze zawalone polskim błotem. Błoto jest lepsze niż kozie kupy. Kozie są lepsze niż świńskie, ale te ostatnie można ominąć. Wahoo twierdzi, że się nie ruszam, a mnie pot zalewa czoło. Pomiędzy drzewami dostrzegam zawieszoną nad doliną asfaltową drogę, która ma mnie sprowadzić w dół, jak już dotrę do góry. Im wyżej, tym bardziej skaliście. W dole cały czas ujadają psy. Pewnie te burki, które spotkałem wchodząc na szlak. Obrażone za śmigus dyngus.

Dotarłem i jestem na księżycu. Nieziemski płaskowyż. Wyjątkowo, skaliście, szaro, bardzo szaro. Zimno. Spomiędzy krzaków wyłaniają się z osły, prawdziwi stali bywalcy tych okolic. Powoli, oszczędzając energię, w zimowych szarych futrach z długą sierścią, że aż opadającą na oczy. W różnych kierunkach rozchodzą się szutrowe drogi. Dlaczego tu nigdy nie trafiłem? Dlaczego muszę stąd tak szybko uciekać? Zabieram cyfrową kopię kawałka tego cudownego świata.

Asfaltem w doliny. Tą część już znam, przypominam sobie. Wspomnienia są na tyle odległe, że tam gdzie droga prowadzi kręto w dół, toczę się wolno i hałaśliwie. Z resztą, jak tu gładko pokonywać zakręty po tygodniach w błocie, śniegu, przedpokoju? Trzeba na nowo dogadać się z rowerem, zaufać mu. Śpieszę się, ale nie aż tak, żeby nie podziwiać, żeby nie zatrzymać się od czasu do czasu. Popołudniowy relaks.

Krótkie odcinki pod górę wysysają ze mnie resztki energii. Baunei – czas na espresso. Totale esperienza italiana. Piję, a dalej już tylko w dół. Odrobina kofeiny pobudziła receptory i przypomniał mi się zakręt śmierci. Wyrzucający, wprost w kierunku przerwy w barierkach. Ale z dobrym widokiem. Jadę czujnie. Towarzyszy mi, na niewidzialnej gumie, autobus lokalnego pekaesu. Ja ścinam zakręty, on ścina bardziej. Trochę przez gabaryty, trochę bo tak kierowcy wygodnie. Przypomniała mi się zeszłoroczna ewakuacja na pobocze, gdy zabrakło miejsca dla mnie i autobusu na drodze. Jadę czujnie, ale bez stresu. Jadę szybko, ale powoli. Słońce kryje się za górami. Cudnie.

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra

Destination Lycra