Mój stary nie był fanatykiem wędkarstwa, ale zajebane sprzętem szafki w mieszkaniu były. Zestawy gruntowe, spławikowe, spinningowe, coś do łowienia spod lodu też by się znalazło. Setki metrów żyłki, dziesiątki haczyków, spławików i innych woblerów. Kilkanaście woluminów na półce z książkami  traktowało o skutecznym połowie. Do tego pokrowce, krzesełka, stoliki, namioty i wszystko to co jest potrzebne amatorowi wędkarstwa, żeby sobie pójść na pobliskie Papry i karpika, czy innego leszcza wyciągnąć i z dumą przynieść w taśce do domu. Much nie miał.

Kołowrotków Shimano nie kojarzę. W ogóle sprzętu nie miał chyba jakiegoś bardzo dobrego, bo był oszczędny. Dłubał często przy nim i bawił się w DIY. A to jakąś wędkę sklecił, a to portki uszył. Jakby to dobrze policzyć i uwzględnić pochłonięty czas, to pewnie by wyszło, że kupno byłoby tańsze, ale to chyba lubił, a przecież przeliczanie przyjemności na pieniądze to głupota.

Na ryby mnie ze sobą nie zabierał. Byłem z nim może parę razy i to by było na tyle. Tak było chyba najwygodniej. Ja nudziłem się nad wodą potwornie. Ileż można siedzieć i gapić się w ciszy na spławik? On bez towarzystwa miał na tych swoich rybach spokój, ciszę, terapeutyczną dawkę samotności.  Denerwowała go moja niezdarność i niesamodzielność. Pewnie był rozczarowany moim brakiem zainteresowania wędkowaniem.

Teraz rozumiem więcej. Wędkarstwa nadal nie lubię, ale gdyby się nadarzyła okazja, wybrałbym się z nim nad Wisłę, żeby kije pomoczyć. Ale się nie nadarzy.